piątek, 25 stycznia 2013

Londyn, Paryż, Nowy Jork



Brałam wczoraj udział w pokazie mody. I tak jak niedźwiedź pociera się o korę drzew w lesie, tak i ja pocierałam się co i rusz o celebryckie wypukłości. Pławiłam się w świetle reflektorów, licząc po cichu, iż już w następnym sezonie, styl kloszardziany królować będzie na wybiegach Londynu, Paryża i Nowego Jorku. Póki co pozostaje mi jednak Taft na każdą pogodę.

Chyba nic już nie będzie takie samo. Ubierając się do pracy poczułam, że we wszystkim wyglądam tak jakoś przeciętnie. Buty nagle przestały pasować do spodni, a kątem oka dojrzałam wystającą z kardigana nitkę. Poranek trwał więc trzy razy dłużej niż zazwyczaj.

Tymczasem jest już grubo po północy, a ja - zamiast przemierzać niezliczone zastępy butików internetowych (zainspirowana tym, że należy przede wszystkim wyglądać), siedzę w wyciągniętych spodniach piżamowych i czekam, aż upiecze się chleb, który będę zresztą jeść - w zastępstwie wacików nasączonych sokiem. A zamiast szlifować ostatnie już elementy manicure, stukam zaniedbanymi paznokciami w klawiaturę laptopa, szemrając pod nosem być, nie mieć, być, nie mieć, być, nie mieć.

czwartek, 17 stycznia 2013

Bridgestone

Jadę zatłoczonymi ulicami Warszawy i cichutko mówię: kocham Cię miasto.  Kocham cię z tymi brzydkimi post-peerelowskimi budynkami cezexu. Kocham cię także, z  wystrzelonymi w kosmos biurowcami, które śmieją się w twarz Sewerynowi Baryce, co w bakijskich rejonach marzył o szklanych domach nowej Polski.

Kocham cię miasto z jedną linią metra, która nie będzie już jeździć w nocy, gdyż byłoby to zbytkiem, na który nie pozwala sobie nawet wyspiarski Londyn. Polska też jest wyspą – zieloną w dodatku. Luksusów więc tym bardziej nie będzie.

Wszystko płynie, ale w tym mieście po każdej ze stron jakby inaczej. Na praskim brzegu czuję się zawsze jak sarna pośród stada wilków. Rozglądam się spłoszona i odczuwam stan permanentnego zagrożenia. To chyba dziecięcy kompleks Powiśla. W dzieciństwie nie przeprawiałam się na „tereny dzikich” prawie wcale. Mimo to kocham Cię Szpitalu Praski, Niekłańsko i Stadionie Narodowy.

Jestem jakby na skrzyżowaniu trzech dzielnic – administracyjnie Woli, transportowo – Ochoty, a w praktyce – Śródmieścia. Prawdziwy obywatel Warszawy. Dzielnicowy.

Kocham Cię miasto, za te wszystkie poranki, kiedy nie chce mi się wyjść z domu i za te wszystkie wieczory, kiedy nie chce mi się do niego wracać. A kiedy już o poranku wychodzę, a wieczorem wracam, deklamuje pod nosem Panią z Asa: "Bri-dge-stone, bri-dge-stone".


piątek, 4 stycznia 2013



Zazwyczaj, jeszcze przed końcem roku, dokonywałam na blogu podsumowania, streszczenia i postanowienia. Tym razem trochę to przegapiłam - tak jak i odliczanie do północy, radosne rzucanie się sobie na szyję i odpalanie zimnych ogni. Włożyłam za to łyżeczkę w szyjkę butelki szampana, chociaż dobrze wiem, że to gusła i przesądy.

Nie wiedzieć czemu, w okolicach grudnia, niezmiennie łapię mini depresję i cała jestem królową melancholii. Drepcze po mrozie i wsłuchuję się w skrzypiący śnieg, tocząc różnej maści dywagacje o tym co było, co jest i co będzie. Słucham głośno muzyki i wpatruje się w światła miasta, roniąc łzy nad wyimaginowanym wszystkim. 

<Łachudra Tytus uwalił się właśnie na moich udach i wydaje mu się chyba, że jest w umywalni, bo liże łapki i wyciera je o głowę>

No, ale wracając do podsumowania, to w tym roku troszkę jeszcze posiwiałam oraz upiekłam parę bochenków chleba. Zaczęłam się wreszcie uczyć nowych języków i siebie. Nie przestałam czytać ani pisać, chociaż to drugie robię zdecydowanie rzadziej.

Regularnie dokarmiam swoje paranoje i mam wrażenie, że z każdym miesiącem są coraz dorodniejsze. Kupiłam gaz pieprzowy do samoobrony, a w czasie mało eleganckiej burdy na klatce schodowej, kiedy to obawiałam się wtargnięcia do mieszkania burdowników - w przeciągu 30 sekund ułożyłam sobie w głowie plan obronny, który obejmował: rozbicie o kant stołu butelki od wina, zaatakowanie napastnika ostrą częścią oraz ponowienie ataku obronnego wobec kolejnego agresora… Sobieskiego welcome to?

Anyway, do tego, że nie jestem do końca normalna, doszłam już jakiś czas temu, więc staram się zbytnio tym faktem nie przejmować. Zresztą, wszystkie moje dziwne zachowania tłumaczy jak zawsze kombinacja dwóch liter. Czasem tłumaczą je nawet wszystkie literki alfabetu.

Oglądając Księcia Przypływów zdałam sobie sprawę, że jest tak wiele rzeczy, wydarzeń i sytuacji, których nie pamiętam, a czuje pod skórą, że były realne. I nie wiem, czy rzeczywiście tego nie pamiętam, czy po prostu nie chcę pamiętać. Na dodatek, jestem trochę jak Tom Wingo, wszystko umiem obrócić w żart – a im poważniej, tym zabawniej.

Od małego uczą nas wstydzić się nie tylko tego co robimy, ale także i tego co robią inni. I tak jak Polska Chrystusem Narodów jest, tak i każdy jej obywatel zwykł cierpieć za miliony. O wielu rzeczach nie mówi głośno, bo wstyd. Sąsiad nie wtrąca się w życie sąsiada, wypełniając złotą zasadę, iż wolnoć Tomku w swoim domku. I tak rodzą się i umierają małe madzie, polscy josefowie fritzle, czy cierpienia katarzyny figury. 

Cztery miesiące pracy nad sobą uświadomiły mi, że nie można swoich blizn chować pod ubraniem. Trzeba umieć się im przyglądać. Uważnie i bez zażenowania. Tak nie po polsku.  

poniedziałek, 24 grudnia 2012

chińskie ciasteczko



Są dwa rodzaje miłości. Miłość – uczucie i miłość – zależność.

Miłość uczucie jest całkowicie bezosobowa – w pełni pochłania człowieka, jej przedmiot może być zupełnie absurdalny. Jeśli uczucie to jest desperackie, nie ma sensu przeklinać samego siebie – trzeba je przecierpieć i pozwolić, żeby jego widoczna absurdalność sprawiła, by szybciej przeminęło.

Przez absurdalność nie rozumiem niemoralności. Uczucie o którym mówię, jest zarówno amoralne jaki i bezosobowe. Palące policzki; ziemia usuwająca się spod stóp.

Powiedzieć kocham , kiedy odczuwa się ten rodzaj uczucia, jest czymś aroganckim. Chodzi tu bowiem o „miłość”, która przypadkiem bierze człowieka w posiadanie i nakierowuje na X. Gdy jednak mamy do czynienia z drugim z podstawowych rodzajów miłości – miłością zależnością – można powiedzieć „kocham”; „ja” w tym czasowniku jest wręcz ważniejsze niż „kocham”.

Susan Sontag "Odrodzona"


Jestem podobno trochę jak Susan, chociaż socjonika mówi co innego. Tymczasem czytając niektóre fragmenty, czuje się tak, jakbym sama je pisała - używając jedynie innych, niż w rzeczywistości, dat i imion.

Pakuję prezenty i przypominam sobie, że kiedyś kupiłam tacie maszynkę do golenia Gilette. Bardzo długo na nią oszczędzałam i strasznie się cieszyłam, że udało mi się kupić taaaaki prezent. Dzisiaj taka maszynka, to byłoby za mało. To coś, co samemu kupujesz sobie w Rossmanie, jak chleb w osiedlowym sklepie. I w czasach, w których pozostaje nam kupować sobie wzajemnie już tylko gadżety, ciężko jest sprawić komuś radość gwiazdkowym prezentem. 

Rozgryzam ciasteczko z chińską wróżbą (Nazywom się chińskie ciasteczko. Składom się z mąki, cukru, jajek, oleju, waniliowego aromatu, szczypty soli, migdału bez skórki i mądrości  I.K.), a  Annie Leibowitz siedzi w Olsztynie i telefonicznie poddaje mi pomysł napisania powieści pt. "Miłośnik wulkanów". 


A ja, na kuchennej ścianie, gram w scrable sama ze sobą. 

piątek, 14 grudnia 2012

Choinka, jako chory sen autora


Choinka w tym roku, jest własną po raz pierwszy.
Jest jednocześnie oniryczna i ekumeniczna. Pełna jest znaczeń i symboli.
Na gałązkach bujają się: Dorota, Janek i Masza.
Są też sznurowadła, myszka Tytusa i mała Jaczewska. 

Zdjęli mi dziś retencję i mam objawy po-amputacyjne. Czuję, że zabrano mi część ciała.

Last Christmas I gave you my heart i pada mi śnieg Krzysia Antkowiaka.

Na hasło poproszę coś do czytania, Pani w kiosku odpowiada "Party" oraz "Gala". Zajrzałam przekornie do Olivii. 

czwartek, 6 grudnia 2012

Słowem krótkiego podsumowania:
- prawie zabiłam dwie osoby pierogami z grzybami, które sama zbierałam w lesie (okazało się, że był to TYLKO rotawirus), ale i tak doświadczenie uznać należy za przejmujące;
- po obejrzeniu maratonu filmów Bałabanowa i Róży wiem już, że nie jest tak, że nienawidzę Ruskich, czy Niemców. Nienawidzę ludzi w ogóle;
- zaczynam już mówić po rusku. Kilka dni temu opisałam w tym języku plan zagospodarowania przestrzennego;
- kliszę ze zdjęciami wywołuje już drugi miesiąc, co nie przeszkodziło mi zrobić 500 zdjęć oddziałów Pekao cyfrówką;
- drugi dzień, zamiast HTC mam zastępcze Chujawei i trafia mnie szlag;
- nie mam też (idąc tropem perypetii gsm) kontaktów w telefonie, gdyż odkryłam, że przywracanie ustawień fabrycznych takie oto pustki w telefonie robi;
- zdalnie sterowany model ciężarówki dla siostrzeńca (tak, mam już kupione niemal wszystkie prezenty gwiazdkowe:P) okazał się być świetny do przynoszenia różnych rzeczy z kuchni;
- od miesiąca chodzę spać przed północą i chyba mam narkolepsję (jak zwykle: ze skrajności w skrajność)
- kochanie, zabiłam nasze koty vs. mięso -> czyli włączyłam się w spór niby ideologiczny;
- nadal przepadam za the Walking Dead i nie jest mi ani trochę wstyd;
- z okna "sypialni" (haha) widzę napis "warta" i zyskuje na tym moja samoocena;
- spuszczono mi wpierdol w kometkę i  zrozumiałam wtedy, co to znaczy "porzygać się z wysiłku";
- w Warszawie mówi się "pod poduszkę",  w Olsztynie "do buta". Znalazłam dziś pod poduszką i w bucie. Jestem więc w województwie warszawsko- mazurskim

środa, 14 listopada 2012

Granice Twojego języka, są granicami Twojego świata, czyli o tym jak przypadkowo parafrazuje Wittgensteina


<b>Dygresja początkowa, będąca wstępem, ale tylko pozornie</b> Jakoś mnie te wszystkie śmierci ostatnio zamiatają. Znowu spodziewam się, że tyle rzeczy się wydarzy, mimo że statystycznie, szanse na to są naprawdę małe. Boję się bezsilności i tego, że kiedyś (i to wcale nie w bardzo odległej galaktyce) obudzę się w innej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której te wszystkie wykonywane przeze mnie czynności, będą się działy niczym na drodze stąd do wieczności.
Czytałam ostatnio o dorastaniu. Zawsze mi się wydawało, że dorastanie nieuchronnie wiąże się z  dojrzewaniem. Z każdym mijającym rokiem, niczym owoc zmieniamy kolor i miękkość.

Tymczasem chyba wszystko jest jakby odwrotnie. Dorastanie, nie ma z dojrzewaniem często nic wspólnego. Zamiast mięknąć, robimy się coraz twardsi, a przez to coraz mniej zainteresowani i coraz bardziej samotni. Spadamy z drzewa i rozbijamy się o twarde podłoże, ignorancję i kolejną podwyżkę biletów komunikacji miejskiej.

Podobno znając jedynie 5000 słów w języku obcym, jesteśmy w stanie się z każdym native speakerem dogadać. Na lekcjach angielskiego spotykałam wielu ludzi, którzy perfekcyjnie wypełniali testy gramatyczne i bez wysiłku lawirowali pomiędzy past perfect a past perfect continuous i którzy niejednokrotnie znali słów 10, 15 czy 20 tysięcy. Kiedy jednak stawali oko w oko z obcokrajowcem – nie byli w stanie się porozumieć. Trudność sprawiał im akcent, szybkość wypowiadanych słów, potoczność mowy i kontekst.

Masłowska zauważa, że naszą mową ojczystą jest dziś Google Translator – tłumacz dosłowny, którego zasób słów jest niezmierzony, a który kontekstu nigdy nie wyłapie.

Czytając to zdanie, pomyślałam sobie, że nie jest ważne ile znasz słów, i jak podczas swoich zabaw z ludźmi, nimi żonglujesz. Ważne jest to, czy rozumiesz ich znaczenie.