niedziela, 23 października 2011

decisions, decisions, decisions

Decyzje. O te świadome najtrudniej. Częściej płyniesz z prądem, czasem pod prąd. Pozwalasz, by inni podejmowali decyzje za Ciebie, a na drugim biegunie, stajesz się zwykłym oportunistą. Tak czy siak, sabotujesz możliwe scenariusze, łudząc się, że jest to świadomie podjęta decyzja.

Trochę jak egzamin, przed którym wszem i wobec ogłaszasz, że nic nie umiesz. Przygotowujesz siebie i innych na porażkę. Lepiej się mile zaskoczyć, niż zawieść. Widząc, że coś nie działa tak jak powinno, z pełną premedytacją zgniatasz butem to co zostało, celem złudnego (?) poczucia, iż to jest właśnie Twoje kontrolowanie sytuacji.

Świadoma decyzja znajduje się gdzieś pomiędzy. Raz podjęta, nie poddaje się fluktuacjom nastrojów, czy koniunkturze zachowań innych. Ma swoje filary z powodów. I przede wszystkim łatwiej się jej trzymać.

Gdyby uważnie przyjrzeć się wszystkim swoim decyzjom, jedynie kilka z nich można by uznać za świadome. Niewiele. Większość naszych motywacji i zachowań jest w bardzo dużym stopniu irracjonalnych. Często są bardziej impulsywne niż uświadomione. Ale ich konsekwencje pozostają.

Raz wypowiedzianych słów, nie da się już cofnąć. To, co zrobimy, dzieje się tu i teraz. Po chwili staje się przeszłością, której w żaden sposób nie można się już pozbyć.

środa, 19 października 2011

salut, gesundheit, na zdrowie, czyli toast za przodków

Armenia to kraj, w którym wino pije się w ilościach uznawanych za spore. Dosyć popularne jest bożole, produkowane przez niemal każdą rodzinę mieszkającą poza miastem. Przynajmniej taka jest moja teoria. Festiwal tego pysznego, acz zdradzieckiego trunku, to czas próbowania, degustacji, popijania, wypijania, oraz smakowania. 


I tak oto mamy tegoroczne dżury konkursowe, składające się z dwóch Ormian i jednego Francuza z korzeniami. Różnica pomiędzy członkami, dała sie zauważyć przy piątej butelce, którą szanowne grono testowało. Mianowicie, te duże pojemniki stojące przed sędziami, to spluwaczki. W Europie, testerzy wina nie wypijają kosztowanych trunków. Biorą je tylko "do buzi" (mówiąc kolokwialnie) i po zapoznaniu się z buketem oraz aromatem, wypuwają do spluwaczki. Tymczasem po kilkunastu minutach próbowania, spluwaczka Ormian pozostawała pusta. Tymczasem, mięczak z Francji powoli napełniał swoją. 

Zgodnie uznaliśmy, iż największą szansę na wygraną mają wina z pierwszej piątki próbowanych. Dalsze niestety miały ogromną szansę na zapomnienie, gdyż język już nie taki giętki i żwawy do testowania jak na początku...


Tymczasem na zapleczu, czyli że od kuchni...pora  na przyjrzenie się procesowi produkcji od podstaw. 

I tak oto, aby powstało dobre wino marki wino, potrzebujemy: winogrona, wielką kadź oraz producentki (a zwłaszcza ich stopy). Proces niekoniecznie termicznej obróbki wygląda następująco:


Na festiwalu, w winogronkach maczały stópki młode Ormianki. Niemniej jednak mam wrażenie, iż w zaciszu domowej kuchni, rolę tą może pełnić przecież i dziadek i babcia. Ale to tylko moje nieśmiałe przypuszczenia, które niekoniecznie muszą znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości!

Anyway,  działo się wiele, a darowanej szklaneczce nie zagląda się w demograficzne drzewo.

Były więc tańce:

Były różańce:


Były przyloty:


No a po tym wszystkim, nastąpić musiały i odloty:


Jednakowoż, turecka ambasada, którą prezentuje powyżej, nie jest typowym przedstawicielem swojej klasy.  To jest mercedes wśród ład. Nie jest zwyczajną dziurą wystającą z podłogi, z którą autor miał przyjemność się zetknąć chociażby w meczecie. 

No, ale nie bądźmy drobiazgowi i powróćmy do tematu wina. Nie wszyscy wiedzą, więc wyjaśnię, iż wino bożole, jest winem lekko gazowanym. Oznacza to, iż podczas transportu do domu, musi być ono co jakiś czas otwierane, celem pozbycia się gazu, który nagromadzony i potrząsany podczas jazdy np. marszrutką, może w którymś momencie sam ogłosić nadejście nowego roku.  Dobrym pomysłem zdaje się być również podpijanie po łyczku z butelki, celem zmniejszenia nagromadzenia i tymże nacisku na szyjkę butelki (autorski).

Kiedy rodzina zbiera się w swoim gronie i pije wino, wyznaczona osoba  - tamada, wznosi toasty. Są to przeważnie truizmy i oczywiste oczywistości, jednakże w języku ormiańskim nabierają one wzniosłości i patosu na akceptowalnym przeze mnie poziomie. Spora część toastów dotyczy korzystania z życia i jakiejś tam miłości, ale czarna dziura mej pamięci uniemożliwia przytoczenie jednego chociażby wiernego cytatu.

Słowem podsumowania, to wydaje mi się, że gdybym piła nieco więcej tego przepysznego trunku, zamiast palić świeczki w każdej napotkanej przeze mnie świątyni katholikosa, dużo przyjemniej zniosłabym atak mojego żołnierza-prześladowcy. No ale, ta historia to już trochę inna bajka. 

Gdybym miała wznieść toast za przodków powiedziałabym, że życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo na co się trafi, a żal nie próbować. Taki mix Foresta i ludowej mądrości.

Btw. zamarzył mi się słoik Nutelli z dostawą do domu. Mlask.

dog eat dog

Siedzę sobie i pierwej czytam artykuł o psach palonych żywcem na Ukrainie, a następnie artykuł o współczesnym Auschwitz jakie serwujemy zwierzętom w celu zdobycia mięsiwa lub udoskonalenia kosmetyków "no more tears". Jem bajgelburgera i patrzę na krwawiącą głowę krowy, spozierającą na mnie z najnowszych "Książek". 

Zastanawiam się, czy to już taki poziom znieczulenia, że kompletnie mnie to nie rusza? Bo chyba nie rusza, skoro nadal jem tego burgera. I nawet prawie mi smakuje.

Czytam o szympansie Nimie, który urodził się myśląc, że jest człowiekiem. Zmarł podczas któregoś z rzędu eksperymentów, kiedy to zarażono go żółtaczką. Ot, homo sapiens. Nie śmieszne. 

Na Kaukazie jest podobnie. Wszystkie spotkane przeze mnie psy, miały niesamowicie wychudzone boczki. Na ich kościach można było czasami wieszać pranie. Nie zmienia to faktu, że nie ustawaliśmy w żartach na ten temat. Kiedy zapalił się jeden ze śmietników, przy którym czaiły się wygłodniałe psy, żartowaliśmy okrutnie, że urządzają sobie barbecue z resztek.

Kiedy Łukasza otoczyła chmara bezpańskich psów, najadł się powyższy strachu. Usłyszał od miejscowych, że w takiej sytuacji należy udawać, że schylasz się po kamień, bo wtedy burki i azory wiedzą co to znaczy i uciekają. Najlepsza metoda opędzenia się od żebrzących psów.

Ale jakby się zastanowić, to nie wiem do końca kto ma gorzej. Jeden pies. 









wtorek, 18 października 2011

meanwhile in Odessa


Jakby ktoś pytał jaka jest podstawowa różnica pomiędzy Matką Armenią a Matką Gruzją, to odpowiadam! Matka Gruzja ma większe cycki i mniej armour'u na sobie. Tak czy siak, nie mogłam odmówić sobie przyjemności odegrania roli odeskiego marynarza na przepustce:) 

Był to pełen atrakcji dzień w parku zdaje się zwycięstwa, w którym to w zamian za zgubioną pandę, ustrzeliłam z kałasza Spang Boba, który jednakowoż dla mnie jest zwyczajną pojebaną kostką masła...


Był to tak naprawdę jedyny przejaw kaukaskiej agresji, mimo że powodów miałam co niemiara. Ale o tym, jak i o tamtym wtedy, kiedy przestaną mi się rozmazywać literki.

poniedziałek, 17 października 2011

Маршрутное такси = my love

Marszrutka to jedno z najgenialniejszych wynalazków kaukaskiej społeczności. Bez dwóch zdań. A w każdej z nich powinno lecieć na pełen regulator "riders of storm" lub conajmniej "live fast, die young". Za jedyne 100 pieniążków można udać się w podróż marzeń. Może się udać. Może się też nie udać. Szczególnie, kiedy świadomość rychłej śmierci związanej z umiejscowieniem butli z gazem pod twoim tyłkiem, w tych raptem 100-u letnich pojazdach jadących sto na godzinę, jest z początku nieco uwierająca.

Marszrutki to podróż - instytucja. Nie mają rozkładów, nie wiadomo do końca gdzie jadą  i gdzie się zatrzymują. Albo przyjadą, albo nie przyjadą. I to w nich jest najpiękniejsze. Chociaż, po chwili zastanowienia stwierdzam, iż jeszcze piękniejszy jest panujący w nich tłok. Jeśli nie podróżujesz ściśnięty jak sardynka w puszce i poskręcany jak kabel od telefonu, to wiedz, że coś się dzieje...

Tak właśnie (zgodnie z obserwacjami Paulinadze) wygląda typowy pasażer tego cudownego pojazdu:


Lata spędzone w komunikacji miejskiej, formują kręgosłup (nie tylko moralny) mieszkańców kaukaskich miast. Co więcej, jazda marszrutką jest niezwykle ekonomiczna z punktu widzenia wydatków na tak zwane dobra luksusowe. Zakup perfum, mydła, czy nawet płynu do płukania staje się po prostu zbędny. Tutaj wszyscy pachną jednakowo - zapachem starej skarpety pomieszanej z zapachem ulatniającego się gazu. Zapach ten przenika wszystko i wszystkich w obrębie marszrutki. A gdyby nie wprowadzony niedawno zakaz palenia w tych pojazdach, miałby on jeszcze dodatkowy odcień ormiańskiego papierosa, który oczywiście jest najlepszy na ziemi i nie zawiera substancji smolistych (jak imperialistyczne Marlbolo).


Interaktywna mapa marszrutek, to nadzwyczajny wynalazek Aspirynadze, na którym to powyższa z pewnością zbije majątek. Wiedzieć co, gdzie, jak i kiedy - to klucz do zagadki niesmiertelności. Chociaż akurat poruszając temat powyższej, muszę nadamienic, iż szary człowiek nie ma szans na kaukaskich ulicach. Instytuacja świateł jest jedynie wabikiem dla tajemnej gry "ustrzel przechodnia", która to codziennie rozgrywa się na ulicach mniejszych i większych miast. Każdy dzień, w którym udaje ci się uniknąć rozjechania przez dwustuletnią ładę lub (dla kontrastu) hummera (wot tak!) jest dniem zwycięstwa, godnym zapalenia świeczki w jednym z kościołów ojczulka Katholikosa (którego fanem jest Lucynka Borowiecka).


Marszrutki długodystansowe (opuszczające obszar miasta) mają to do siebie, że nie ruszają dopóty, dopóki nie zapełnią sie pasażerami. Licząc lekko - miejsc jest 16, więc startujemy jak w marszrutce znajdzie się co najmniej 30 osób :P (no może trochę wyolbrzymiam, ale generalnie wcale nie aż tak bardzo). Po niespełna dwóch tygodniach pobytu, tak bardzo przyzwyczaiłam się do tej zasady, iż nie zdziwiłabym sie, gdyby mój samolot do domu wystartował z 5-io dniowym opóźnieniem spowodowanym pojawieniem się wolnych miejsc i oczekiwaniem na resztę pasażerów...

Apropos samolotu, nigdy nie zapomnę momentu, w którym rosyjska stewardesa ( która z uporem maniaka mówiła do mnie po rosyjsku, mimo że wielokrotnie dałam jej do zrozumienia, iż nie jest to mój ulubiony język) przeszła środkiem samolotu lecącego z Moskwy, psikając po drodze sprayem brise całą powierzchnie podłogi :) W nagrodę usłyszała pełen podziwu i radości okrzyk "Thank you so much, you have just saved my sense of smell!!!".


Myśle, że osoba, która wprowadziłaby opłatę za mozliwość wyboru współpasażera podróży, zbiłaby na tym pomyśle majątek. Niepozbawieni zmysłu węchu, słabi turyści z zachodu, płaciliby tysiące pieniążków tylko po to, aby nie siedział koło nich specyficzny mieszkaniec regionu. 

Ten jednak, kto ośmieli sie podnieść rękę na ukochane przeze mnie marszrutki niech wie, że są one o krok dalej od europejskich autobusów. Na każdym bowiem przystanku, możesz połączyć się z niczym innym jak darmową wajfajką! Wot tak! Nigdzie indziej. Tylko tutaj. Trochę łyso, prawda?

Omawiając temat transportu, nie mogę nie napisać o miejskich trolejbusach. Maszyny te jadą niewiele szybciej od spacerowego kroku, a wszystko to dzięki długim rurom, którymi połączone są ze źródłem prądu. Przy przekroczeniu prędkości światła ( tutaj jest to ok 15 km na godzinę), rura ta odpada przeważnie od sieci i kierowca trolejbusa musi ponownie montować ją w pojeździe. Niewątpliwym plusem jest jednakowoż wolna przestrzeń trolejbusa. Jako, że nikt  poza starymi ludźmi nimi nie jeździ (marszrutki, helloł!), podróż trolejbusem to czas wiwisekcji i rozmyślań nad sensem życia. 

Swoją drogą, starych ludzi jest tutaj niewiele. Albo zostali przejechani na przejściu dla pieszych, albo zeżarci przez grasujące nocami chmary wygłodniałych psów. Obie wersje są równie prawdopodobne. Zresztą, pytając swoich adwersarzy o wiek, zawsze okazywało się, że jestem o co najmniej 7-8 lat starsza, mimo że przekonana byłam o odwrotności rzeczywistości. jest to więc kolejne moje spostrzeżenie. Ludzie tutaj starzeją się bardzo szybko, ale też i szybko stają się dorośli.

A na koniec, aby uzupełnić temat transportu, opowiem co nieco o kierowcach taksówek. Każda taksówka poruszająca się ulicami miasta, ma swoją własną nazwę ( np. Król Lew, czy Jessica), a kierowca nie wie z reguły nawet tego, gdzie znajduje się główna ulica :P

Najciekawszą przygodę taksówkową przeżyłam przebywając w mieście Sevan, które lata świetności ma już dawno za sobą. Miejscowi kierowcy nie mogli zrozumieć, że spacer może być wartością autoteliczną i usilnie próbowali nas wszędzie przewozić. Jeden z nich spalił około 15 litrów benzyny, na ciągłym jeżdżeniu za nami i namawianiu nas np. poprzez gwizdanie na nas z przeciwnego pasa drogi, na kurs swoją dziką maszyną. Drugi z kolei, starał się dorobić szóstego złotego zęba, oferując nam podróż marzeń do Tibilisi, za jedyne 80 tysięcy pieniążków.

Nic to jednak, skoro gdzieś tam, jakoś tam i o którejś tam, czekała na nas marszrutka! I tym pozytywnym akcentem kończę, mając nadzieję, iż udowodniłam wyższość powyższej nad wszelkimi innymi formami transportu publicznego i nie tylko.

Miało być o Kaukazie, a wyszło milion stron o samej marszrutce. Ale cóż poradzić, skoro region to wybitnie fascynujący? Zresztą i tak odpuściłam te wszystkie zapierające dech w piersiach historie o marszrutkowych pozycjach seksualnych o numerze 49 :P

Tymczasem autor ma dzisiaj gila do pasa, odjazd po DayQuilu, szok wywołany różnicą temperatur i ma ochotę zemdleć.   



Kaukaz ma w sobie coś magicznego. Bardzo.

niedziela, 2 października 2011

it's a new dawn, it's a new day...

Spędziłam dzisiaj większość dnia na słońcu (stąd aktualnie - piekąca twarz i chęć położenia się w wannie pełniej balsamu...) Leżąc na leżaku pomyślałam, że to są te momenty, w których możemy być szczęśliwi bez powodu. Chwile później pomyślałam, że jednak czegoś mi brakuje. Chociaż "czegoś" to mało trafne określenie. To chyba natura ludzka, zawsze chcieć więcej.

Dekodowanie zawsze sprawiało mi nie lada problem. Co nabierało szerszego znaczenia dopiero wtedy, kiedy miało ...znaczenie. Może i nie widzę liczb w postaci kolorów i nie mam zwyczaju zapamiętywać stu cyfr po przecinku liczby pi jak Daniel Tammet. Mam jednak całą masę innego rodzaju natręctw zabawnych przyzwyczajeń, do których większość znajomych zdążyła już przywyknąć.

I tak sobie myślę, że może istnieje jakiś inny język, którego można się nauczyć i nim właśnie się wyrażać. Nie wiem. A może to wcale nie jest takie ważne?



Może w innym  miejscu, złapię nową perspektywę?. Inna rzeczywistość nie jest może złotym środkiem, ale czasami się przydaje. Nie jako ucieczka, bo od siebie się chyba nie da, tylko jako trochę snu, gdy jest się śpiącym.

Tak więc! Na jakiś dłuższy czas nieczynne z powodu, że zamknięte.