czwartek, 15 grudnia 2011

Życie bez podkładu muzycznego byłoby smutne. Czytając stare maile pomyślałam wczoraj, że często sama mówię w obcym dla siebie języku. Czasem nie ma w nim melodii. Są za to pojedyncze tony, często zbyt wysokie, czasem zdecydowanie zbyt niskie.   

Ale podobno brak soundtracku jakoś usprawiedliwia parę naszych braków.

środa, 14 grudnia 2011

Nie myśl, że mnie znasz. Twoje przeczucia są gówno warte – powiedział jeden z bohaterów filmu, którego tytułu już nawet nie pamiętam. Zdanie to wbiło się jednak w moją pamięć raz na zawsze.

Czasem myślę, że tak naprawdę nic o sobie nie wiemy.  Nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło. 


It's another time, it's another day
Numbers they are new, but it's all the same

poniedziałek, 12 grudnia 2011

W Shortbus pojawia się taka scena, kiedy główny bohater po próbie samobójczej, rozmawia z facetem, który go uratował. Ten - nie rozumie, dlaczego mając tak wiele, można chcieć się zabić. Bohater ów odpowiada, iż on czuje miłość wokół siebie. Czuje, że jest kochany. Ale co z tego, skoro ta cała miłość zatrzymuje się na jego skórze? Skoro nie jest w stanie przeniknąć dalej? 

Tak zawsze było i tak zawsze będzie...

W kontekście kanadyjskiej Azjatki, która mimo usilnych prób nie może dojść, widać, iż wszyscy chcemy coś poczuć....Ale im bardziej chcemy, tym trudniej.

I tak sobie dzisiaj myślę, że coraz lepiej rozumiem i jego i ją.

A to co było, nie tylko tkwi w przeszłości, ale i staje się tym co jest teraz. I jak bardzo bym się starała, nie umiem od tego uciec. Nie umiem.

Co nie zmienia faktu, iż bardzo chcę stawić temu czoło. Dawno minął ten czas, że zapalenie lampki sprawiało, że potwory spod łóżka znikały. 


piątek, 9 grudnia 2011

Lubię śnieg.

Lubię to nieporównywalne z niczym uczucie, kiedy duży jego płatek opada mi na rzęsy i przez krótką chwilę pozostaje na nich swoim specyficznym ciężarem. Zlepia je, po czym spływa dużą łzą po moim policzku. Zdarzyło mi się płakać stojąc w śniegu. Łzy śniegowe przemieszały się wtedy z moimi. Miały słodko-słony smak.

Zawsze wtedy, kiedy jest mi w zasadzie wszystko jedno, zaczynam iść utartym schematem. Wziuuuu! Let’s dance. Jestem jak ten irański malarz, który zobaczył piękną twarz i był z miejsca zgubiony. Dostał to czego chciał – patrzące na niego oczy, ale w całkowicie martwym ciele.

Jestem tą małą dziewczynką, która na nadmorskiej promenadzie szuka zaginionego. Dziewczynką, która wie, że może liczyć tylko na siebie- dlatego nie może być już dzieckiem. Być może dlatego teraz szukam każdej okazji do tego, by nie być dorosła. Bez patrzenia na konsekwencje. Problem polega na tym, że one zawsze są. 

Kiedy wspinam się na ściankę, w zasadzie nigdy nie odpadam. Nie dlatego, że jestem mistrzem wspinania. Wręcz przeciwnie. Ja zwyczajnie nie umiem odpuścić. Mam poczucie, że jeśli już coś robię, to po prostu musi się udać. Bez liczenia na czyjąś pomoc. Mimo bólu w całym ciele, idę dalej. To, że miałabym po prostu spaść, jest dla mnie nie do wyobrażenia. Wiem, że jestem bezpieczna i że przecież wolno mi odpuścić, bo i lina i trzymający ją człowiek są tam właśnie po to, bym nie spadła. Mimo to nie jestem stanie.

Tak naprawdę wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Potrzebujemy by ktoś nam powiedział, że to co robimy ma jakąś wartość. Poklepał po plecach! Pragnąc tego, z niesamowitą konsekwencją sami dusimy tę wartość w sobie. Szukamy jednocześnie szybkich, intensywnych i prostych emocji, które dają nam poczucie, że żyjemy. Wszystko to na odpowiednim poziomie płytkości. W razie czego grozi nam już tylko skaleczenie. Kultura fast food’u przenika nasze życie tak bardzo, że nawet emocje stają się szybkie i proste. Konsumujemy, pozbywamy się resztek, a potem i tak walczymy z niestrawnością.

Usłyszałam wczoraj kilka bardzo prostych pytań, na które tak naprawdę nikt nie umiał dostarczyć konkretnych odpowiedzi. Ja też nie umiem. Bo tak naprawdę od dawna ich nie szukam.

Navigare necesse est, vivere non est necesse. Pytanie brzmi, czy żeglowanie tożsame jest z lawirowaniem. Bo mam wrażenie, że zamiast żeglować – lawirujemy. Od nudnego spokoju, z którego po krótkiej chwili chcemy się wybić - po wielki rozpierdol na własne życzenie, po którym z kolei, jak najszybciej pragniemy powrotu do tego co było.

para para dise



Hedajat pisze do swojego cienia, który pada na ścianę przy świetle lampki. Mam czasami wrażenie, że robię dokładnie to samo. Rozmawiam z cieniem.

A kiedy byłam mała, oczekiwałam świata.

Mój cieniu...Dzisiaj, na zadane wprost pytanie o moment w dzieciństwie, kiedy byłam szczęśliwa i beztroska, pomyślałam, że to przecież takie proste!Banalne. A jednak nie. Pustka. I dotarło do mnie, że tak naprawdę nigdy chyba nie miałam szansy by tą beztroskę poczuć.

Ze wszystkim radzę sobie tak dobrze i tak bardzo źle. Ale przecież nie tylko ja. Mam wrażenie, że i ja i Ty mamy podobnie. Śmiejemy się do siebie. Śmiejemy się z tego co wokół - bardziej niż inni. Z tą różnicą, że im więcej śmiechu, tym więcej smutku.










poniedziałek, 5 grudnia 2011

kwadratura koła, a koło się zatoczyło

W wysokich obcasach artykuł o samotności. Moją uwagę przykuł cytat z Miłosza, iż prawdziwa samotność jest trudna do przyjęcia, ale raz przyjęta wynagradza. Samotności trzeba się uczyć. I można się jej nauczyć. I można sobie z nią być całkiem szczęśliwym. 

Tyle teoria. 

Tymczasem jedna z bohaterek, opisując swoje życie stwierdza, że jak by szczęśliwa nie była, prowadząc życie kobiety sukcesu, posiadającej pasję oraz przyjaciół, kiedy spojrzy na jakąś parę, zawsze ma wrażenie, że to ich szczęście jest bardziej wartościowe. I tak jak to dzisiaj bardzo błyskotliwie określiłam <face palm>, koło się zatoczyło:)  

Zdarzyło mi się kiedyś narysować mały wykres o tym, iż bycia szczęśliwym w związku nie da się pogodzić np. z byciem szczupłym. Żartobliwie bardzo. Aczkolwiek kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że relacja połączona z jednoczesnym realizowaniem siebie, to trochę taka kwadratura koła. Coś, co niezmiernie trudno zaimplementować w prawdziwym życiu. I zawsze czegoś będzie nam przez to brakowało.

Przez dwa lata związku nie przeczytałam chyba żadnej książki. Nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Nie napisałam kilku zdań tekstu innych, niż notatki z wykładu. Nie zrobiłam prawie nic dla siebie. Nie znaczy to, że czułam się nieszczęśliwa. W którymś momencie skupiłam się po prostu  na czymś zupełnie innym. 

Teraz z kolei robię dużo dla siebie i jestem prawie szczęśliwa. Prawie -  gdyż są takie dni, kiedy czegoś mi brakuje. Ale co ważne, "samotność" okazała się nie być wcale taka straszna. Daje dużo motywacji. 

Pamiętam, że chyba od zawsze porządkowałam rzeczy. Symetria dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Wszystko musiało posiadać swój porządek - nawet zegarek i bransoletka na moim stole. Zawsze był jakiś plan - pieczołowicie spisany na kartce notesu. I systematycznie wypełniany. Teraz mam wrażenie, że coraz mniej jest we mnie potrzeby symetrii, coraz mniej planu. Przyzwyczajam się do małego chaosu, który dominuje w moim życiu od kilkunastu miesięcy i coraz mniej mnie on przeraża. Nucę pod nosem Ja pierdolę, w dziwną stronę skręca świat i umiem się już z tego czasem śmiać. Im mniej naiwności, tym więcej powodów do śmiechu. 

Poza tym, co by się nie działo, zawsze możemy pojechać na te ryby.

czwartek, 1 grudnia 2011

sunrise sunrise

Siedząc sobie w jednej z kawiarni w ZT, w pewnym momencie, z głośników usłyszałam "Sunrise" Nory Jones. Zaczęłam się bardzo głośno śmiać. Na przekór wspomnieniu.  A może właśnie do niego?

Niesamowite jest to, jak ludzie się przenikają. Przebywając w swoim towarzystwie, prędzej czy później się do siebie upodabniają... Chyba Ty! Szmata! Co tam jak tam?Oraz!Mniejsza o większość!Tak,nie?

Naleciałości, których cholernie trudno się pozbyć. Nie wiem czy tylko ja tak to mielę, czy wszyscy. Ale to sprawia, że pozostają nam po innych nie tylko wspomnienia, czy przedmioty - zostaje też zmieniony sposób bycia. A tego już nie tak łatwo się pozbyć, prawda?